„Czytanie języka polskiego” w Paryżu (2008)

No więc jesteśmy w Paryżu! Lot bez zakłóceń (jeśli nie liczyć tego, że przez moje gapiostwo straciłam ulubiony dezodorant, który miałam w torebce, zamiast w bagażu – w myśl bowiem przepisów wszelkie pojemniki z płynami – np. jogurt, a także drobne nawet metalowe przedmioty, jak np. pilniczki do paznokci są traktowane jako rzeczy potencjalnie niebezpieczne i bezwzględnie odbierane przez służby kontroli celnej – o czym warto jednak pamiętać!) Lotnisko ogromne, ale świetnie opisane, więc zgubić się trudno nawet gapom. Do miasta jedziemy najpierw szybką podziemno-naziemną koleją, zwaną RER. Od metra różni się tym, że jeździ szybko na długich trasach, łączących odległe dzielnice peryferyjne z centrum miasta. Następnie przesiadamy się na zwykłe metro – i już po niecałej godzinie jesteśmy tuż pod naszym hotelikiem, w centrum miasta, w pobliżu Pól Marsowych, Placu Inwalidów i kompleksu Szkoły Wojskowej (l’Ecole Militaire). W tle widać wieżę Eiffla, wokół wiele sklepów i miłych kafejek, co zapowiada dobrze spędzony czas. Mile przywitane zajmujemy pokój na II piętrze (chciałam piąte, bo widok lepszy, prof. Sławkowa jednak okazała się przezorna – i, jak zwykle, miała rację. Winda bowiem – wyraźnie niedawno zamontowana – okazała się: a) pomieszczeniem dla krasnoludków bez bagażu, nie zaś dla dwu „puszystych” z torbami podróżnymi; b) już następnego dnia miała awarię. Na razie jednak wcisnęłyśmy się obie, i na chwile postanowiłyśmy nie oddychać. Pokoik okazał się milutki, z wygodną łazienką i wysokimi oknami „balkonowymi” – to charakterystyczne dla XIX-wiecznych, klasycystycznych kamienic w centrum Paryża, które dzięki podobnym w stylistyce żelaznym balkonikom podnoszą wrażenie lekkości i elegancji fasad. Odpoczywamy chwilę i… idziemy w Paryż. Jest ciepło, wiosna bardziej zaawansowana niż w Polsce, na licznych skwerach kwitną magnolie i inne krzewy, także bratki, tulipany, narcyze itp. Ulice żyją, kolorowe dosłownie i w przenośni: kwiaty, ale i kolorowi paryżanie: biali, czarni, żółci, w strojach europejskich i etnicznych. Chłoniemy zapach miasta i żywe tętno ruchliwych ulic, chodników, skwerów. Przywitanie z Paryżem kończymy oczywiście w miłej knajpce: drobna kolacja i naturalnie lampka wina. Siedzimy na zewnątrz, pod daszkiem, gdzie umieszczone są… promienniki, dające ciepło. To podgrzewanie powietrza szalenie nam się podoba (tylko na zewnątrz wolno palić!).

Następnego dnia wizyta na uczelni, w budynku, w którym mieści się również paryska polonistyka (UFR D’Etudes Slaves, 108 Bd. Malesherbes, 75850 Paris cedex 17). Okazały kompleks budynków, nowocześnie wyposażone sale, w holu mnóstwo najrozmaitszych ogłoszeń o odczytach, spotkaniach itp. – także o naszych wykładach, stanowiska internetowe, kserokopiarki, szatnia; piękna biblioteka, niewielka prosta kawiarenka. Oczywiście mnóstwo studentów, także kolorowych, najrozmaiciej ubranych i uczesanych – jak u nas. Przyjmuje nas urocza pani profesor Helené Włodarczyk, szefowa polonistyki, Francuzka świetnie mówiąca po polsku. Gabinet niewielki, mnóstwo książek, wśród których rozpoznajemy znane tytuły i nazwiska polskich badaczy. Pani Profesor opowiada nam o strukturze studiów polonistycznych, prowadzonych tematach badawczych, zakresie współpracy z polskimi uczelniami, wśród których od teraz znajdzie się i nasz uniwersytet. Wymieniamy książki, które w ostatnich latach powstały na śląskiej polonistyce – to okazuje się cenny dar, bo i tu uczelnia boryka się z problemami finansowymi. Przekazujemy też materiały dla studentów francuskich, w tym materiały informacyjne o działalności naszej Szkoły Języka i Kultury Polskiej. W zamian otrzymujemy prace polonistów francuskich, które zabierzemy do Polski. Ustalamy plan spotkań ze studentami i współpracy na przyszłość – zarówno naukowej, jak wymian studenckich w ramach programu ERASMUS. Poznajemy też kilkoro pracowników, wśród których przeważają kobiety – Polki z pochodzenia.

Następnego dnia spotykamy się ze studentami. Gospodarze życzyli sobie jeden wykład po francusku (dla studentów I i II roku oraz 2 wykłady po polsku – dla studentów wyższych lat i doktorantów (dla nich miałyśmy także teksty tłumaczone na francuski). Sala duża, wyposażona w środki audiowizualne – to dobrze, bo przygotowałyśmy prezentacje multimedialne. Studiujących polonistykę jest tu niewielu, ale zebrała się spora grupka. Wśród nich są ludzie w różnym wieku i o różnym pochodzeniu (Polacy, Francuzi, Słowianie, nawet Japończycy). Wydają się zainteresowani, bo robią notatki, przeglądają dostarczone przez nas materiały pomocnicze, po wykładach nie boją się stawiać pytań, przywołują przykłady z własnych języków i kultur. Mówimy o różnych zjawiskach: głównie o przeobrażeniach w polszczyźnie i językowych sygnałach globalizacji (wpływ angielszczyzny widoczny jest nawet na francuskich ulicach, we francuskich reklamach i sklepach; studenci przywołują przykłady z języka potocznego, w tym młodzieżowego slangu). Mówimy też o tym, jak współczesna lingwistyka pozwala „czytać z języka” ślady dawnej kultury i jej współczesnych przeobrażeń – na przykładzie „dyskursu kulinarnego” (Francja domaga się, by pewne elementy typowej kuchni francuskiej wpisać na listę zasobów światowego dziedzictwa kultury, więc temat wykładu Polska kultura kulinarno-biesiadna w słownictwie, frazeologii i paremiologii okazuje się aktualny, przy tym miły i… smakowity. W końcu to wybitny znawca etnokultu, Claude Levi–Straus, autor dzieła Trójkąt kulinarny podkreślał słuszność maksymy Powiedz, co jesz, a powiem ci, kim //skąd jesteś. 

Dyskusję wzbudził też temat „gramatyczny”: problematyka orzeczeń złożonych, zwłaszcza peryfrastycznych, które stwarzają pewien problem zarówno badawczy, dydaktyczny, jak i translatologiczny. Wydaje się więc, że wszystkie zaproponowane przez nas tematy znalazły dobry oddźwięk u słuchaczy. No, a przede wszystkim dowiedzieli się o śląskiej polonistyce – co tu robimy i dlaczego warto przyjechać do nas, na Śląsk – w ramach możliwości, jakie stwarza Erasmus i nasza Szkoła dla obcokrajowców.

Potem już tylko wędrówki po pięknym Paryżu, próby wtapiania się w jego klimat – wielokulturowy, wielonarodowy, na którym swe piętno odcisnęła tradycja oświecenia, okres napoleoński i XIX-wieczni moderniści. Ich duchy nadal snują się po uroczych uliczkach i placach Montmartre’u, wokół Moulin-Rouge, na Chaps-Elysees, niedaleko Łuku Triumfalnego, na placu du Luxembourgs, Vendome, na pięknym Ponte Alexandre III, wokół Saint Chapelle i oczywiście w okolicach Luwru, ogrodów Tuileries – i w ogóle wszędzie. Paryż wart jest nie tylko mszy! 

Potem już tylko powrót – tym razem z niespodzianką. Samolot, już niemal bliski obszaru powietrznego Polski, musiał zawrócić do Düsseldorfu – z powodu jakiejś awarii. Ale nawet to – prawie dwugodzinne – opóźnienie nie zepsuło nam przyjemności pobytu na Sorbonie i spotkania ze światową stolicą kultury.

Ewa Jędrzejko

Accessibility