Reportaże ze świata (listopad 2010)

4 listopada 2010 r. w auli im. Kazimierza Lepszego w rektoracie Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach ogłoszono wyniki ogólnopolskiego konkursu na reportaż im. Maćka Chowanioka. Na konkurs wpłynęły prace z zagranicy, które uhonorować postanowiła Szkoła Języka i Kultury Polskiej UŚ. Poniżej wyróżnione reportaże studentów cudzoziemców:

Weronika Korobkina (Kirgistan)

…Tak mi boleśnie, żem odszedł bez echa,
A jednak lepiej, że żadnym wspomnieniem
Twych jasnych marzeń spokoju nie skłócę,
Bo tobie jutrznia życia się uśmiecha,
A ja z gasnącym żegnam się promieniem
I w ciemność idę, i już nie powrócę.
(Adam Asnyk)

Bardzo się cieszę, że mogę się dziś podzielić moimi wspomnieniami o tak cudownym człowieku, jak Pan Maciej Chowaniok. Człowiek ten był promieniem słońca w moim życiu, który ku mojemu ubolewaniu, tak szybko zgasł… ale w mojej pamięci zostawił ślad na zawsze…

Poznałam Pana Maćka, kiedy rozpoczęłam studia na Uniwersytecie Narodowym na kierunku filologia polska w Kirgistanie. Było to pierwszego dnia moich zajęć. Jak zawsze w nowej sytuacji towarzyszyło mi małe poddenerwowanie i podekscytowanie. Najbardziej przerażał mnie fakt, że nie mam pojęcia jacy są Polacy, ani jak wyglądają, nie mówiąc już o tym, że nigdy nie miałam do czynienia z językiem polskim. Oczywiście wcześniej znałam historię Polski i często też sięgałam po książki polskich pisarzy i poetów, niestety były to wyłącznie rosyjskie tłumaczenia.

Stojąc przed salą zastanawiałam się, kim będzie prowadzący, jak wygląda, jak będzie prowadził zajęcia, czy będzie wymagający? Nagle zauważyłam na korytarzu fajnego chłopaka kierującego się w stronę sali… Pomyślałam, że to mój nowy kolega z grupy. Z nieśmiałym uśmiechem powiedziałam: „Cześć! Wykładowcy jeszcze nie ma!”. Nowo napotkany z grzecznością odpowiedział powitaniem i dodał: „To ja jestem wykładowcą”. Pamiętam to jak dziś, omal się pod stół nie schowałam ze wstydu, nie umiałam Mu spojrzeć w oczy, pierwsze zajęcia, a ja już podpadłam!

Pan Maciej już na pierwszej lekcji zaczął mówić po polsku. Siedziałam jak na tureckim weselu , nie wiedziałam o co chodzi i całkowicie nie rozumiałam, o czym On mówi. Już po chwili prowadzący napisał coś na tablicy i poprosił, żebyśmy to przeczytali. Ja milczałam w osłupieniu, bo nie miałam w ogóle pojęcia jak przeczytać te dziwne litery! Pan Maciek popatrzył na grupę osób z podobnymi do mojego wyrazami twarzy i zaczął się głośno śmiać, a każdy z nas śmiał się razem z Nim. Jego śmiech był tak szczery i zaraźliwy. W związku z naszym „osłupieniem” Pan Maciej przyjął inną strategię nauczania, a dokładnie taką, jaką stosuje się w nauczaniu dzieci w pierwszej klasie szkoły podstawowej, tyle że zamiast rysunków pokazywał nam obiekty zgromadzone w sali i kilkakrotnie je nazywał.

W połowie zajęć przerwał i żartobliwie zwrócił się do nas: „Dlaczego siedzicie jak buki (rosyjskie powiedzenie ludowe)? Weroniko! Wstań i zrób herbaty, wszystko jest w szafce”. Od tej pory herbatka na lekcji u Pana Maćka stała się tradycją, jak obiady czwartkowe u Poniatowskiego. Pan Maciek zawsze miał przy sobie jakieś łakocie, były to zazwyczaj cukierki, ciastka i słone przekąski. Sam był wielkim łakomczuchem i chętnie nas częstował, co mnie i resztę grupy bardzo cieszyło.

Często Pan Maciej zapraszał nas do kina, albo teatru. Nauczył nas kochać sztukę i kulturę. Kiedy przypadkiem spotykaliśmy jego znajomych, zawsze nas przedstawiał jako „Jego dziewczyny”. Miał bardzo wesołe usposobienie, lubił z nami żartować, a tym samym nigdy nie zdarzył Mu się nietakt. Starał się być zarówno naszym przyjacielem, jak i nauczycielem. Nigdy nie okazywał nam wyższości, chociaż miał do tego prawo, bo każdy z nas był zachwycony Jego rozległą wiedzą.

Na każde zajęcia z Panem Maćkiem szłam z ogromnym uśmiechem na twarzy, a tuż po ich zakończeniu odliczałam godziny do następnego spotkania. Zapewne było to spowodowane tym, że lekcje były bardzo ciekawe, a dodatkowo prowadzący był bardzo cierpliwy, czasami aż przesadnie – kazał nam powtarzać trudne do wymówienia słowo do skutku nawet 20 razy, czy też tłumaczył znaczenie wyrazu każdemu z osobna. Bardzo szanowałam Jego sposób docierania do młodzieży. Nie kazał nam się uczyć alfabetu na pamięć, po prostu powiedział, że przyjdzie to nam z czasem. Na drugiej lekcji każdy z nas dostał kartkę z nazwami polskich miast i krótkimi dialogami. Naszym zadaniem było czytanie ze zrozumieniem, a w domu mieliśmy się nauczyć nowych słówek.

Zabawne było to ile trudności sprawił mi „Szczecin” i „Zamość”. Te wszystkie przy, prze, ś, ć, ę, ą – to było gorsze, niż nauka francuskiego. Wtedy Pan Maciej powiedział: „Weroniko, mam nadzieję, że jak będziesz w Polsce, to odwiedzisz te miasta, a kupienie biletu do nich nie sprawi ci takiej trudności”. Często na zajęciach graliśmy w różne gry i już po pierwszym tygodniu każdy potrafił co nieco powiedzieć po polsku. To właśnie Ten człowiek, Maciej Chowaniok, był dla nas bodźcem, który zachęcał do nauki, który zaraził nas miłością do języka polskiego i który sprawił, że nasze studia stały się zarówno obowiązkiem jak i naszą pasją.

Pan Maciej był zawsze optymistycznie nastawiony do życia. Z dużym spokojem patrzył na otaczający go świat, nigdy nie widziałam Go zdenerwowanego, czy nawet niespokojnego. W jego wielkich szarych oczach zawsze widniała ufność i szczerość, można było z nich wyczytać każdą Jego myśl. Czasami myślami swoimi odbiegał gdzieś w dal, wydawał się taki nieobecny, ale raczej rzadko sobie na to pozwalał. Mi najgłębiej zapadła w pamięci Jego uśmiechnięta twarz, jego sposób bycia, był On pełen wigoru i radości, którą zarażał innych. Czasami wydaje mi się, że był za dobry. Zawsze pomagał potrzebującym, zawsze miał otwarte serce na innych, zawsze uważał, że On sam też może zmienić świat na lepszy.

Mimo tego, że był zaangażowany w wiele spraw, zawsze poświęcał swój czas innym, nigdy się nie śpieszył, chętnie odpowiadał na setki pytań po zajęciach, zawsze zaspokajał naszą ciekawość. Czuł się odpowiedzialny za nas wszystkich, był jak ojciec. Jeśli kogoś nie było na zajęciach, zawsze dzwonił i pytał czy wszystko w porządku. Pan Maciej miał wielki talent do zarażania nas swoim świetnym humorem. Uwielbiał kolor zielony. Był jak iskierka światła w tunelu, kiedy pojawiał się w zielonym, albo pomarańczowym sweterku z tym swoim szerokim uśmiechem na twarzy. Dzień stawał się lepszy, gdy na swej drodze spotkałeś Pana od polskiego…

Siedzieliśmy jak zawsze rozweseleni na lekcji polskiego. Na początku graliśmy w domino ze słowami, później dyskutowaliśmy na jakiś temat. Pan Maciej był tego dnia wesoły, ale wyczuwało się wokół niego jakąś dziwną aurę. Opracowywaliśmy poezję Marii Konopnickiej, a dokładnie wiersz „Cichy wieczór”. Ktoś z grupy czytał:

Cichy wieczór już zapada, Zgaśnie zorza wnet; A pod lasem, pod olszowym, Słychać rżenie — het! Siwy konik tam się pasie, Siwy konik mój; Jest tam łączka z drobną trawką, Jest kryniczny zdrój! Siwy konik rży po łące, Rozlega się głos; Leci echo od olszyny Polem pełnym ros. A miesiączek cicho wstaje, Lipa sypie kwiat: Cudnaż, cudna noc ta letnia. Cudny jest nasz świat!

Po omówieniu wiersza była przerwa. Sala była już pusta, został tam wyłącznie prowadzący, a ja przypomniałam sobie, że zapomniałam czegoś, więc wróciłam. Nie wiem dlaczego, ale Pan Maciej założył tego dnia czarny sweter, nigdy wcześniej nie widziałam go w tym kolorze.

Wydarzyła się tragedia. W nocy z niedzieli na poniedziałek, 17 listopada Maciej Chowaniok został zamordowany.

Na pierwszych stronach, zarówno polskich, jak i kirgijskich gazet widniały nagłówki: „Tragiczna śmierć daleko od ojczyzny”, „Polski wykładowca zabity w Kirgistanie”, „Lektor języka polskiego zamordowany w Kirgistanie”.

Dla mnie to była osobista strata. Kiedy się dowiedziałam o śmierci Pana Maćka, chciałam odejść razem z nim. Byłam do niego bardzo przywiązana i nagle poczułam, że jego śmierć zabrała też część mnie. Przez cały czas czułam Jego obecność, słyszałam Jego pogodny ton głosu. Nie dopuszczałam do myśli, że to się stało naprawdę. Co rano budziłam się szczęśliwa, dlatego że każdej nocy śnił mi się Maciej, który uspokajał mnie i powtarzał w kółko, że wszystko się ułoży, że wszystko będzie dobrze. Dwa pierwsze miesiące po jego śmierci to był dla mnie bardzo trudny okres, nawet teraz nie mogę uwierzyć, że On już odszedł na zawsze. Pan Maciek tak często powtarzał słowa Jana Twardowskiego „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”.

Teraz jestem w Polsce, w Ojczyźnie Macieja. Kroczę Jego śladami, poznaję Jego Uniwersytet, miejsca, które tak bardzo kochał, i o których mówił z tak wielką dumą. Jego wielkim marzeniem było pokazanie nam kraju, w którym się urodził. Dziś czuję jego obecność, czuję jak kroczy obok mnie, czuję Jego ciepłe spojrzenie i zachęcający uśmiech. Wydobywam z zakamarków mej pamięci Jego opowieści o Polsce i czuję, że to właśnie On jest moim przewodnikiem. To On pokazał mi pomnik Powstańców Śląskich, to On klęczał przy mnie, gdy modliłam się w Katedrze Chrystusa Króla, to On zabrał mnie na Wawel, gdzie spoczywają najwięksi Polacy.

Staram się upodabniać do Pana Maćka. Chcę okazywać ludziom tyle serdeczności i ciepła, jak On. Chcę być dobrym człowiekiem i zarażać innych moimi pasjami. Największą przyjemność sprawiło mi spotkanie z rodzicami Pana Macieja. Teraz już wiem, że tej dobroci i wyrozumiałości Maciej nauczył się w rodzinnym domu. Jego rodzice są przemiłymi ludźmi, a spotkanie z Nimi było dla mnie bardzo pozytywnym doświadczeniem i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będziemy mieli okazję je powtórzyć.

„Maćku, dlaczego odszedłeś tak szybko? Tak bardzo brakuje nam Ciebie, twojego uśmiechu, głosu i promiennych oczu. Ty zostawiłeś w mojej pamięci ciepłe wspomnienia. Szkoda, że znałam Cię tak krótko, ale widocznie to wystarczyło, abyś na zawsze został ze mną…”

Zredagowały:
Agnieszka Gorczewska,
Elwira Kranc,
Jolanta Włodarczyk,
Nikola Mądra,
Anna Izabela Marcińczak.

Mechrodż Kasymow (Tadżykistan)

„Ze wschodu”

Już od 3000 lat, odkąd istnieją nasze tradycje, do teraz zachowaliśmy swoją kulturę, historię i zwyczaje wschodnie. Mamy wiele różnych tradycji, do których należą narodowe stroje, styl życia, święta i obrzędy pogrzebowe.

W tym reportażu przedstawię zwyczaje związane ze ślubem. Należy zacząć od przedstawienia głównych członków rodziny, którymi są Ojciec i Matka, a także najstarsi i szanowani, czyli Dziadek i Babcia.

Kiedy chłopak ma 20 – 25 lat, Ojciec w domu mówi: „Synek ! Musisz się ożenić”. Wtedy Syn już nic nie może zrobić, powinien zgodzić się z Ojcem, bo Ojciec jest najważniejszym człowiekiem w Rodzinie, po nim Matka. Słowa Ojca i Matki są bardzo ważne, dlatego zgadzamy się z nimi we wszystkim.

Ojciec i Matka są osobami, którym należy się szacunek, więc jeśli chłopak już ma dziewczynę, szybko mówi o tym Matce, żeby poszła na „swaty”. Jeżeli chłopak nie ma dziewczyny, Matka z Ciocią wyszukują dla niego narzeczoną. Oczywiście idzie on na spotkanie z tą dziewczyną, którą znalazły Matka i Ciocia. Na spotkaniu chłopak musi umieć pokazać własne uczucia, żeby zapoznać się z nową dziewczyną. Co to oznacza? To znaczy, że u nas nie jest jak w Europie. Chłopak i dziewczyna nie idą przed ślubem do łóżka, bo to jest zakazane.

Chłopak musi poczuć ciepło dziewczyny na spotkaniu. To jest trudne i zagadkowe, ale naprawdę możliwe. Jeśli dziewczyna podoba się chłopakowi, może zostać przez niego wybrana. Nie znaczy to jednak, że dziewczyna nie ma swoich praw, ona też ma swoje zdanie. Jeżeli na spotkaniu nie zgadzają się ze sobą i różnią się charakterem, wtedy nie będzie wesela. Lecz gdy potrafią się porozumieć i zdecydowali o ślubie, organizuje się pierwszą imprezę zaręczynową, która nazwa się „Non szikanon”.

Słowo „Non” – po polsku oznacza „chleb”, który u nas wygląda inaczej jest okrągły i płaski. Do wyrobu tego chleba mamy specjalny piec, który jest zbudowany z gliny. Ten piec nazywa się ” Tanur”. Słowo „Szikanon” – pochodzi od słowa ” Szikast”– co oznacza „złamał się”. Zatem: „Non szikanon” – ta fraza oznacza chleb złamany. Chodzi o to, że pierwsza impreza ślubu nazywa się ” Non szikanon”, bo kiedy Rodzina chłopaka i dziewczyny decyduje o ślubie, wtedy łamią ten chleb na znak zgody.

Wesele w Tadżykistanie składa się z wielu imprez. Następna z nich nazywa się „Sambusa huron”, której nazwa oznacza bardzo smaczne wschodnie pierogi. Jest to impreza, na którą, zapraszana jest młodzież: koledzy, bracia, kuzyni chłopaka i dziewczyny, ale tylko mężczyźni.

„Fotiha” to kolejna ze ślubnych części, gdzie przygotowuje się dużo prezentów dla narzeczonej i narzeczonego, przede wszystkim dużo ubrań. Chcę jeszcze napisać o tym, że przedostatnia i główna część ślubu nazywa się „Nikoh”. To słowo pochodzi z „Koranu” i oznacza zezwolenie na seks. Bez „Nikoh” dziewczyna z chłopakiem nie mogą pójść do łóżka.

Z kolei główna impreza nazywa się „Tuj”. Po polsku to będzie „wesele”, gdzie zaprasza się dużo gości – od 300 nawet do 1000 osób. Dla tej imprezy rezerwowane są duże restauracje, gdzie potem przygotowywane są stoły dla wielu zaproszonych gości.

Na wesele zaprasza się wszystkich bliskich, znajomych, sąsiadów, przyjaciół, kolegów i koleżanki panny i pana młodego. „Tuj” to dużo muzyki, jedzenia, napojów. Dużo ludzi tańczy, spędzając czas wesoło, a to wszystko dla niewiasty i narzeczonego. Na końcu ” Tuj” bliscy (tylko bliska rodzina i przyjaciele pary młodej) idą do domu narzeczonego, a na podwórzu jeszcze 30 minut albo godzinę tańczą i imprezują. Na podwórzu przed wejściem do domu rozpalają ognisko, gdzie narzeczony razem z panną młodą trzy razy okrążają się. Potem narzeczony podnosi niewiastę na ręce i idą do jej domu. Tam chowają się na parę godzin pod zasłoną z materiału, a potem odbywa się noc poślubna.

Po „Tuj”, ma miejsce kolejna impreza „Rubinon”, też duża – dla około 300 osób. Tutaj chcę dodać jedną rzecz: dziewczyna na tej imprezie jest ubrana w tradycyjne szaty i musi zachowywać skromną minę.

„Rubinon” – oznacza spojrzenie na twarzy niewiasty. Ta impreza jest dla kobiet, gdzie niewiasta odsłania swoją twarz. Ostatnie dwie imprezy to” Talbon”. Pierwszą robi ktoś z bliskich panny młodej, a drugą bliscy narzeczonego. Zapraszają 300 osób, jest dużo muzyki, jedzenia, napojów, tańca i wszystkiego.

Przez 40 dni małżeństwo musi być razem. Jeśli narzeczony idzie do pracy, musi być z kolegami, nie może być sam. W Koranie napisano, że przez 40 dni ani niewiasta, ani narzeczony nie mogą zostać sami. Muszą być razem. Jeśli narzeczony jest w pracy, żona powinna być z matką albo siostrami narzeczonego.

W dzisiejszych czasach stroje ślubne w Tadżykistanie podobne są do tych w Europie i w Rosji. Wcześniej na ślub ubierano się w tradycyjne ubrania, ale teraz jest trochę inaczej, choć niektórzy ubierają się jak dawniej. Poza tym w tadżyckich tradycjach jest niewiele zmian. W krajach Azji Środkowej jednak tradycja zapraszania wielu gości jest najsilniejsza.

Zredagowały:
Aleksandra Zawistowska,
Joanna Chrzanowska,
Paulina Zając

Daria Wiszniakowa (Białoruś)

Miasto inspiracji, czyli Lublin oczyma cudzoziemki

Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej… Ryszard Kapuściński

O tym, że Lublin jest miastem studentów, przekonał się chyba każdy, kto kiedykolwiek to miasto zwiedził. Najbardziej widoczne jest to oczywiście w czasie Juwenaliów, kiedy na ulicach są tłumy tych młodych, energicznych, uśmiechniętych i radosnych… Wtapiając się nawet na krótki czas w studencką atmosferę Lublina, stajesz się cząstką tej pełni życia i szczęścia, która towarzyszy każdemu dniu w historii miasta. Właśnie takie uczucia miała Białorusinka, która spędziła w tym mieście tylko jeden semestr, na zasadzie wymiany studenckiej. Jednak zdążyła poczuć niezwykłą otwartość i jednocześnie dziwną magię Lublina.

– Po raz pierwszy byłam tam ponad dwa lata temu we wrześniu – opowiada Daria. – To było martwe, przedjesienne miasto z pustymi ulicami i szarą codziennością. Teraz wiem, że Lublin jest całkiem inny: czarujące miasto i tak naprawdę zawsze tętniące życiem. Trzeba tylko zwrócić na to uwagę i wiedzieć, gdzie patrzeć. Dokładniej mieć kogoś, kto ci to pokaże.

Daria miała wrażenie, że przyjechała do zupełnie innego miasta. Już w pierwszych dniach swojego pobytu w Lublinie (przez przypadek!) poznała wspaniałych ludzi, którzy wiedzieli, gdzie trzeba spojrzeć, żeby zobaczyć prawdziwe studenckie miasto. Wspólne wycieczki, spacery, zwiedzanie muzeów, wystaw i innych ciekawych miejsc sprawiło, że nie czuła się obca w mieście, bo miała przyjaciół. Wspomina, że po jakimś czasie już mieli własne żarty, powiedzonka i było ich tak dużo, że czasami rozmawiali za pomocą cytatów. Mieli ulubione miejsca, z których najlepiej widać cały Lublin, ulubione kawiarnie, gdzie podają najlepszą w mieście gorącą czekoladę…

– Tak mam, że miasto mi się najpierw kojarzy z ludźmi, których tam poznałam – mówi studentka. – To ja już wiem, czemu kocham Lublin – bo kocham ludzi, którzy tam mieszkają albo studiują. Właśnie się zastanawiam – czemu są wyjątkowi? Na początku myślałam, że wszyscy lublinianie są zakochani. W swoich przyjaciołach, sąsiadach, kolegach, mieszkaniach, samochodach, uliczkach, pubach, kotach, sklepach… To uczucie było wszędzie! Więc nie zdziwiłam się, kiedy poczułam tę miłość w sobie.

Szczerze mówiąc Daria i teraz wygląda na zakochaną. Ale nie jestem pewna, czy to jest miłość do konkretnej osoby, czy raczej jakieś zbiorowe uczucie do całego miasta, świata, życia.

Studentka dużo mówi o magii Lublina: – Czułam ją wszędzie. Najmocniejsze wrażenie robi oczywiście nocna starówka – ciemne domy z drewnianymi schodami, świecące latarnie, niesamowity widok na Plac Zamkowy… W niedawno stworzonym filmie promocyjnym (można go obejrzeć na http://www.youtube.com/watch?v=ZOCrCRbdE24&feature=related) miejsce to zostało nazwane „miastem inspiracji”. Osobiście ja jeszcze nigdy podczas wyjazdu nie pisałam tak dużo wierszy. Magia Lublina daje naprawdę niesamowitą inspirację twórczą!

Chodząc ulicami, Daria zauważała tylko uśmiechniętych ludzi. To też jest właściwość Lublina – wszyscy się uśmiechają. Zawsze, wszędzie i do wszystkich. Może akurat to zjawisko można wytłumaczyć dużą ilością młodych otwartych ludzi, ale w każdym razie to działa bardzo pozytywnie.

– Uśmiechać się nauczyłam od swoich przyjaciół w ciągu dwóch tygodni. I później zaczęła się „gra w uśmiech”. Nie wiecie co to jest? Zasady są proste – wywołać jak najwięcej uśmiechów u nieznajomych ludzi – u kelnerki w pubie, u konduktorki w autobusie, u dziecka w ogródku, u ochroniarza w klubie. Nawet próbowaliśmy liczyć ilość osób! Czasami dochodziło do siedemdziesięciu… Na Białorusi bawić się „w uśmiech” jest trudniej. Ludzie jeszcze nie są przyzwyczajeni odpowiadać na uśmiechy nieznajomych. Brakuje im tej otwartości mieszkańców Lublina.

To, o czym opowiada, teraz jest jednym dużym wspomnieniem. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Dziasiaj Daria ma czas na analizę swojego wyjazdu. Mówi, że skorzystała ze wszystkich możliwości, które dawał jej Lublin. Nie ma czego żałować i ma o czym marzyć.

W jednym z jej “wczoraj” wciąż mieszkają wspomnienia z wycieczek, wśród których najważniejsze miejsce zajmuje niepowtarzalna Noc Muzeów spędzona z koleżankami w Janowcu, Kazimierzu, Żmijowiskach. W drugim „wczoraj” znajdują się wrażenia ze spektakli różnych teatrów Lublina. Najfajniejszą była wyprawa „Po skarb” do teatru Andersena. W trzecim – niezapomniane imprezy Juwenaliów, deszczowe koncerty „The Rasmus”, „IRA”, „Kayah”. W pozostałej reszcie „wczoraj” na pewno znajdą się relacje z życia uczelni, akademika, miasta.

– W ostatnie dni swojego pobytu w Lublinie ciągle zastanawiałam się nad tym, w jaki sposób mogę zabrać to miasto ze sobą. Może nie całe, a chociażby część. Nie myślałam o konkretnej pamiątce, tylko o całej tej atmosferze, o klimacie Lublina. I tak bardzo żałowałam, że nie mogę sfotografować dźwięków, zapachów, uczuć, emocji. Są tak różne i jest ich tak dużo, że obawiam się czy zdążę wszystkie zapamiętać. Nie chcę zapomnieć żadnego dnia, żadnej chwili, spędzonej w Lublinie.

Wyjeżdżać w ogóle jest ciężko. Ale najtrudniej z tego miejsca, gdzie czujesz się dobrze. I co ciekawe, nauka już dawno wie o tym, że wrócić do domu jest o wiele trudniej, niż wyjechać do innego kraju. To się nazywa „odwrotny szok kulturowy”. Zmiana zwykłego życia na to, które było zwykłym kiedyś.

– Czuję, jakby nagle zabrano mi coś bardzo ważnego. Wszędzie spotykam ludzi, którzy z twarzy są podobni do moich znajomych z Lublina, ciągle zwracam się do wspołlokatorki w języku polskim i odbierając telefon mówię: „Tak, słucham”. Na uczelni nie mogę się przyzwyczaić do dziesięciostopniowego systemu ocen. W Mińsku już nie rozróżniam autobusów i trolejbusów (w Polsce ich numery nigdy się nie powtarzają, natomiast tutaj trzeba stale na to uważać)… To chyba jest rodzaj odporności organizmu na nieprzyzwoite warunki.

Daria jest świadoma tego, że podróż „praktycznie nie kończy się nigdy”. W związku z tym nawet teraz mówi, że znajduje się w Lublinie, że ten wyjazd wciąż trwa i chyba już się nie skończy. Bo są przyjaciele, są wspomnienia, są zdjęcia i – najważnejsze – jest tak wspaniały wynalazek człowieczeństwa, jak Internet. Wystarczy wpisać w wyszukiwarce tylko jedno słowo – i już chodzisz ulicami Lublina, siedzisz w ulubionym pubie, rozmawiasz z przyjaciółmi. Oczywiście to nie może zastąpić kontaktu osobistego, ale jednak daje możliwość poczuć bliżej te rzeczy i tych ludzi, których tak brakuje.

– Brakuje też Lublina jako miasta. Jednak jest w nim jakaś specyficzna atmosfera, którą najmocniej czujesz na odległość. Teraz się wydaje, że w Mińsku nie pisze się takich wierszy, nie robi się takich zdjęć. Ale z czasem to chyba przejdzie, spodziewa się Daria. – Przecież teraz to tylko „taśma pamięci” kręci się we mnie dalej, natomiast życie realne wciąż płynie i nie da się ciągle żyć wspomnieniami.

Studentka mówi, że z pewnością to przetrwa. Chociażby ze względu na to, że Lublin nie znajduje się w Afryce i zawsze można tam pojechać. A jeszcze w związku z tym, przypomina sobie jedną rozmowę z przyjacielem. Kiedyś będąc nad zalewem i patrząc na niebo rozmawiali o tym, że niebo jest jedno dla wszystkich, jest w tym samym kolorze. Więc teraz Daria myśli, że nie ma na świecie mieszkańców Lublina czy Mińska, Polaków czy Białorusinów… Są ludzie, mieszkający pod tym samym niebem, które nie bywa obcym. Więc pozostaje trochę poczekać na następne spotkanie z Lublinem…

P.S. Chcę tylko dodać, że Daria, bohaterka reportażu, jest jednocześnie jego autorką. Czasami, po wielkich przeżyciach emocjonalnych, niezbędnym jest wywiad, przeprowadzony ze Sobą.

Zredagowały:
Agnieszka Adamek,
Marta Czołgowska,
Ania Terentjewa,
Klaudia Zakrzewska

Accessibility